19.02.2018

Uwaga! Hiszpan za kierownicą



       Wychodzę z domu i idę na parking, gdzie zostawiłam auto poprzedniego dnia. W pośpiechu wyjmuję kluczyki z torebki i chcę jak najszybciej włączyć ogrzewanie. Nie do wiary jak sroga zima przyszła do Hiszpanii tego roku. Przeprowadzając się tutaj nie spodziewałam się tak niskich temperatur, obfitych opadów deszczu, a ostatnio nawet śniegu! Siedząc już w samochodzie napawałam się coraz cieplejszym powietrzem wydobywającym się z malutkich krateczek. Włączyłam radio i już chciałam ruszać, gdy zdałam sobie sprawę, że przednia szyba pokryta jest lodem. Zamarznięte szyby w Hiszpanii! To dopiero żart! Uporałam się z tym małym problemem jak na zahartowaną Polkę przystało i ruszyłam do pracy. Właśnie wtedy zapisałam sobie w pamięci pomysł na kolejny post dla Was. Jakimi kierowcami są Hiszpanie? Już Wam opowiadam...





Na luzie


       Wszędobylskie tranquilo, czyli spokojnie, bez nerwów, mam czas, zaraz to załatwię. Już nie dziwi mnie na drogach powolne tempo, zatrzymywanie się na środku drogi czy kilkuminutowe parkowanie. Wstrzymywanie ruchu, bo Jose spotkał Marię na przejściu dla pieszych nie denerwuje nikogo. Tranquilo, poczekam! Włączę sobie muzykę, pośpiewam razem z radio i porozglądam się dookoła, przecież tu jest tak pięknie!  


Przepisowo


       Ograniczenie prędkości do 70, więc zmusza to kierowców do deptania po hamulcach. 70 znaczy 70 i ewentualnie 5 km wzwyż. Nie ma mowy więcej! To akurat zasada, która w przeciwieństwie do Polaków jest przez Hiszpanów przestrzegana wzorowo. Samochody ciągną się sznureczkiem przez teren zabudowany i nikt nie trąbi, nie mruga światłami i nie pogania, wyprzedzając się ryzykownie. Nakazane 50 km/h znaczy 50 i nikt się z tym nie kłóci. Co więcej! Pojawia się wielka solidarność wśród kierowców i Ci, którym zbyt nadto spieszy się dostają swoją burę. Zaczyna się miganie światłami czy jak na złość spowolnienie tempa. Nie ma mowy, aby Hiszpan pozwolił spieszyć się wariatowi, gnającemu na drodze ponad 100 km/h. Przyznam szczerze, że w Hiszpanii sama zwolniłam i nie jeżdżę już tak brawurowo jak miałam kiedyś w zwyczaju. Wyszło mi to na dobre.


Brak kierunkowskazów


       Żeby nie było tak kolorowo! Hiszpanie uwielbiają uprzykrzać mi życie brakiem używania kierunkowskazów. Nie wiem, czy denerwuje to tylko mnie, rodowitą Polkę, czy daje się to we znaki każdemu? Jakkolwiek hiszpańscy kierowcy mają gdzieś zakomunikowanie innym w którym kierunku zmierzają. Bardzo często stoję na skrzyżowaniu, i stoję... i stoję... bo zwyczajnie nie wiem które auto jedzie w którym kierunku! Zupełnie tak, jak gdyby w ich wyobraźni byli jednymi kierowcami na świecie! Nie zliczę, ile razy serce podchodziło mi do gardła, gdy hamowałam w ostatniej chwili, bo akurat komuś odwidziało się jechać prosto i nagle bez żadnego kierunkowskazu zwalnia i skręca w lewo. O zgrozo!






Przeklęte ronda

  
       Tu zacznę narzekać! Oczywiście na początku odniosę się do moich nie najlepszych umiejętności jako kierowcy, ale nie sądzicie, że trzy, a nawet czteropasmowe ronda  to zdecydowanie za dużo? Auta pędzą, każde w innym kierunku, ja wychylam dzióbek maski swojej na dzień dzisiejszy mazdy, chcę wyjechać, ruszyć dalej, ale nic! Każde auto ma pierwszeństwo, jeden pas, trzeci,drugi, czwarty, żaden z kierowców nie pomyśli o włączeniu kierunkowskazów przez co znacznie zwalnia ruch na drogach. Kolejny kierowca, nie znając zasad poruszania się po rondzie blokuje wszystkie wjazdy i wyjazdy, bo zdecydował się okrążyć całe rondo... ostatnim pasem, uniemożliwiając tym samym włączenie się do ruchu innym kierowcom. Te momenty są dla mnie wybitnie stresujące, jakkolwiek widzę w tych rondach ogromny potencjał. W Hiszpanii bardzo rzadko spotyka się skrzyżowania, światła uliczne itd. Najłatwiejszym rozwiązaniem jest rondo kilku pasmowe, auta wskakują i wyskakują w odpowiednim dla nich miejscu, unikając tworzenia się korków. Oczywiście wszystko byłoby o wiele łatwiejsze i szybsze, gdyby wielu kierowców pamiętało z nauk jazdy jak należy zachować się na takim rondzie. Ah!


TIR


       W Hiszpanii kierowcy ciężarówek zdają się prowadzić w dziwnie agresywny sposób. Pędzą na łeb, na szyję, zdecydowanie przekraczając dozwoloną prędkość. Pakują się ze swoimi wielkimi naczepami na malutkie ronda między samochody osobowe, a gdy inni uczestnicy ruchu jadą zbyt wolno, kierowca TIR-a rości sobie prawa do migania mu światłami czy stresującego podjeżdżania coraz bliżej tyłu auta. Koszmar! Nie bez powodu podczas kontroli pojazdów złapano ogromną liczbę kierowców ciężarówek pod wpływem alkoholu lub co gorsza narkotyków. Istny koszmar!   





  Tolerancja i uprzejmość


       Jakkolwiek bycie kierowcą w Hiszpanii to bardzo prosta sprawa. Chwilami myślę nawet, że jeździ mi się o wiele lepiej niż w Polsce! Kierowcy na drogach są tolerancyjni i otwarci. Rozumieją, że czasem można się zagapić, zabłądzić, czy znaleźć pechowe miejsce do parkowania, które chcąc nie chcąc wymaga czasu. Zazwyczaj spotykam się z uprzejmością wśród kierowców i ogromnym pokładem cierpliwości. Nie byłam do tej pory świadkiem żadnego nachalnego trąbienia czy krzyków „jak jeździsz k**** przez rozsuniętą szybę. W Hiszpanii jeździ się spokojnie, bez nerwów i właśnie tranquilo...


Ciekawa jestem czy macie swoje doświadczenia w prowadzeniu auta w krajach zagranicznych? 
Koniecznie podzielcie się ze mną swoimi przemyśleniami !




14.02.2018

Dlaczego nie obchodzę Walentynek?



       Sobota. Zapowiadał się leniwy wieczór w domu. Wygodna kanapa, ciepły koc, dobry film i ramię narzeczonego do przytulania i pochylania swojej głowy w momentach najcięższego lenistwa. Miałam na sobie stary dres, rozciągnięty sweter i włosy niedbale związane w coś, co kształtem przypominało ten idealny artystyczny nieład na głowie dziewczyn z Pinterest. Scrollowałam instagram, a J.oglądał swoje ulubione kanały na YouTube.  Sofa zdawała się pochłaniać nas i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest to pierwszy dzień od bardzo dawna, kiedy oboje mamy wolny dzień od pracy i nad obowiązków. Wstałam po kolejny kubek herbaty, gdy on popatrzył na mnie z tymi iskierkami w oczach.

 – A co powiesz na kręgle dzisiaj wieczorem? 
                                                            
      Spojrzałam raz jeszcze na swoje koślawe kapcie, grube skarpety i resztę oszałamiającego stroju po czym skwitowałam z łobuzerskim uśmiechem.

- Powiem tak! Daj mi chwilę!

       Ta powiedziana przeze mnie „chwila” mogła trwać równie dobrze kilka minut co wieczność. To oczywiście zależy od posiadanych kobiecych umiejętności przy szykowaniu się do wyjścia, oraz stopnia cierpliwości partnera. Nie marnowałam czasu. Nałożyłam na twarz delikatny makijaż, podkreśliłam oczy ulubionymi cieniami do powiek i wyginałam się przed lustrem jak nastolatka szykująca się na pierwszą randkę. Dobrałam idealną według mnie kreację na sportowe i wygodne wyjście, nie pominęłam oczywiście uzupełniających dodatków i cała w skowronkach wyszłam z domu.





     Rozmawialiśmy o wszystkim. Zapomnieliśmy na chwilę  o ciężkim tygodniu w pracy, o nadchodzących sprawach do ogarnięcia i zatykającej się umywalce. Trzymaliśmy się za ręce, spacerowaliśmy uliczkami hiszpańskiego miasteczka, nie mogąc nadziwić się jak sroga zima zawitała w tym roku. Na kręglach bawiliśmy się wybornie! Śmialiśmy się za każdym razem, gdy moja kula zataczała niebezpieczny krąg na torze lub gdy ekran wskazywał porażające wyniki naszej gry. Zjedliśmy też kolację w pobliskim pubie i śpiewając piosenki lat osiemdziesiątych wróciliśmy do domu. Spontaniczne, szczęśliwe i romantyczne na swój sposób. To były nasze Walentynki.

       Nie, nie obchodzę Walentynek 14-ego lutego. Jakoś nigdy nie przemawiało za mną kupowanie słodkich lizaków i pluszowych misiów specjalnie na ten dzień. Nigdy też nie liczyłam na żadną kolację przy świecach, fajerwerki, seksowną bieliznę czy biżuterię. Od zawsze wydaje mi się to takie mało oryginalne dla pary. Bo jak to? Iść na kolację do restauracji i zastać tam olbrzymie kolejki zakochanych par, świętujących na dobrą sprawę to samo, czyli swoją miłość? Być  gronie miliona innych, których głowa eksploduje od nowych pomysłów na randkę i prezent. Moja zbuntowana natura nie przyjmuje tego pomysłu. Uwielbiam tą „romantyczną aurę” wokół. Fajnie, że właśnie tego dnia kochankowie pamiętają o spędzeniu dnia razem, planują oryginalne randki i obdarowują się prezentami. Każdego roku tuż przed Walentynkami zatrzymuję się przed witrynami wystaw sklepowych, uśmiecham się do serduszek wyciągających łapki, czytam wyznania miłosne, podziwiam urocze kubki i kartki miłosne. Moją szczególną uwagę zwracają  czekoladki. Te mleczne, udekorowane w różyczki, kokardki i inne cuda. Łapię się na tym, że już już prawie wchodzę do sklepu, aby je kupić i nagle czuję się dziwnie sztucznie. Pchnięta w szpony marketingu, presji, że skoro wszyscy to i ja oraz świadomość, że to nie jest prawdziwe oblicze mnie i mojego narzeczonego.





       Lubię mieć Walentynki przez cały rok. Uwielbiam te niespodziewane momenty, gdy nagle zrywamy się z kanapy i idziemy na kręgle. Uwielbiam, gdy w zwykły poniedziałek decydujemy się iść na spacer na plażę lub zjeść coś na mieście. Uwielbiam te dni, gdy wracam z pracy a on czeka na mnie z ogromną czekoladą Milką i winem w lodówce. Uwielbiam kupować jego ulubione żelki i zostawiać liściki miłosne na stole. Wtedy czuję się wyjątkowo. Mam wrażenie, że nasze święto Zakochanych trwa bez końca, a co najważniejsze tylko my mamy do niego wstęp.Tylko my znamy dokładną datę. To ekscytujące móc świętować coś magicznego, gdy cały świat zdaje się być w pośpiechu. Ludzie z barkami pełnymi obowiązków pędzą do pracy, zostają pochłonięci przez bieg życia codziennego i nie zatrzymują się aż do wyznaczonych specjalnie ku temu dat.

       Nie zrozumcie mnie źle. Lubię tą słodką oprawę 14-ego lutego. Moje serce roztapiają lukrowane lizaki, wszędobylskie misie krzyczące I love you i restauracje pełne ludzi. Cieszę się, gdy widzę elegancko ubraną dziewczynę, chłopaka z bukietem róż i szeleszczące papierki po prezentach. TO naprawdę jest urocze! Ale ja tego dnia jakoś wolę zostać po swojemu. Gotując kolację w domu, zagrzebując się pod kocem czy oglądając film z J. Tak nam dobrze tego 14- ego. Bez presji, że tego dnia muszę „pokazać jak bardzo kocham” kupić prezent czy zabijać się w kolejce do kina. Na randkę pójdziemy w następną sobotę, a może nawet w poniedziałek. W końcu Walentynki mamy przez cały rok.





       Tego właśnie Wam dzisiaj życzę kochani! Serc wypełnionych tą romantyczną atmosferą przez cały rok. Zapału do kupowana prezentów i zaskakiwania ukochanej osoby każdego dnia. Głowy pełnej pomysłów na kolejne randki. Miłości krzyczącej z daleka i namiętności takiej, że nuda nigdy nie zapuka do Waszych drzwi. 


A Wy? Świętujecie w Dzień Zakochanych?




Słodkich Walentynek!


10.02.2018

Wiara to lifestyle



      Witajcie kochani! Dzisiaj przychodzę do Was z kolejnym postem poruszającą tematykę wiary. Ostatni artykuł wzbudził tak wielkie zainteresowanie i odzew od Was, że postanowiłam odnieść się do niego publicznie. Dziękuję za każdy komentarz i prywatną wiadomość. Było mi niezmiernie miło móc rozmawiać z Wami na tak głębokie tematy, odkrywać wspólnie sens aspektów życia religijnego i zwierzać się z wielu dręczących nas spraw. Dziękuję Wam bardzo za otwarcie swoich serc i wspaniałe rozmowy z Wami!






       Najczęściej pojawiające się komentarze dotyczyły odwagi do przyznawania się do swojej wiary i mówieniu o tym publicznie. Zauważyliście, że wszyscy lubimy się w jakiś sposób określać? Ostatnio największą popularnością cieszą się minimalistki,które wypierają konsumpcjonizm, ograniczają swoje szafy, kosmetyczki, potrzeby materialne i wyznają zasadę Mniej znaczy Lepiej. Instagram szturmem podbiły miłośniczki slow life, gdzie kawa wraz z notesem to konieczny must have udanego dnia. Zawzięcie planują każdą godzinę w ramach zwolnienia życia i wygospodarowania tych najcenniejszych chwil na napawanie się chwilą teraźniejszą. Przyznaję się bez bicia, że sama należę do tej grupy. Jakkolwiek planowanie, rysowanie tabelek i notowanie w kalendarzu wychodzi mi marnie,to mogę pochwalić się próbką życia slow life. Kiedy to czasem buntowniczo olewam obowiązki i idę na spacer po plaży, gdy powinnam rzucić się w wir planowania kolejnych projektów, a ja z pełnymi polikami ciasta i kawy zaczytuję się w kolejnej powieści. Slow life w sumie też jest fajne!

       Popularne są też zagorzałe wojowniczki- wegetarianki i weganki. Obrończynie życia zwierząt, zdrowego odżywiania i artystki w tworzeniu magicznie kolorowych zdjęć ich potraw. Minimalizm to styl życia, slow life jak najbardziej, bycie wegetarianką również pomaga w określeniu swoich nawyków o sposobie życia. Zwyczajnie określamy to lifestyle, czyli styl życia i nie ma w tym nic błyskotliwego ani nadzwyczajnego. Całkiem niedawno, w momencie gdy wena jest przeze mnie najmniej oczekiwana, czyli przy zmywaniu naczyń, odkryłam, że wiara to także lifestyle, a o tym jakoś już się nie mówi. Nikt nie krzyczy Ej! Jestem chrześcijaninem, nie piję alkoholu i nie współżyję przed ślubem. A w momentach upadku zwracam się tylko do Jednego Jedynego Wszechmogącego- brzmi lakonicznie i idiotycznie jak na dzisiejsze czasy. Wiem, żaden instagram nie rozwinie się w taki sposób. Blog nie zyska zagorzałych czytelników, a klienci nie będą wysyłać super świetnych paczek niespodzianek w postaci kosmetyków, zegarków i kolejnej pary butów. Lepiej być weganką, minimalistką, żyć wolniej, ale w żadnym wypadku nie mówić o Bogu...






... ale przecież jeśli wierzysz, to jest to coś, co definiuje Ciebie, definiuje Twój styl życia.


         Określa, że w tą niedzielę zwleczesz się z łóżka i pójdziesz na nabożeństwo. Że zawsze po rzucaniu telefonem, nerwach i płaczu przeprosisz i weźmiesz się w garść. Że nie będziesz obojętna na cierpienie innych, a swoją postawą zechcesz pokazać samo dobro. Że pomożesz staruszce, wyciągniesz samotną koleżankę na kawę, staniesz w czyjejś obronie i nie będziesz się bała powiedzieć „Jestem chrześcijanką.” Powiesz to z wielką dumą i świadomością, że każdego dnia dokonuje się dla Ciebie cud. Cud miłości Bożej, poczucia szerzenia Dobrej Nowiny i jasno sprecyzowanej dla Ciebie misji życiowej. Bo przecież wiara to coś więcej niż bycie dobrym człowiekiem. Coś znacznie głębszego, niż proszenie złotej rybki o spełnienie marzeń i coś znacznie bardziej przyszłościowego niż obecne istnienie i pogoń za stworzeniem idealnego życia. Wiara to bezustanne odkrywanie, nauka i długa podróż.


       Wiara to lifestyle- definiuje Ciebie i Twoje wybory.

        Dlaczego miałabyś o tym nie mówić?